Była wiosna. Przez prześwitujące, chude skorupki jajka widziałam cienie. Cień mamy, który widywałam codziennie o tej samej porze i światło słońca. Było bardzo jasne, więc mama bardzo często je zakrywała, żeby mnie i moje rodzeństwo nie oślepiało. Jakiś czas później, kiedy w moim jajku zabrakło pożywienia, uznałam, że chyba już czas je opuścić. Bardzo długo się wahałam, a gdy postanowiłam wyjść, zauważyłam, że moje rodzeństwo już to zrobiło.
Lekko uderzyłam w skorupkę. Nic się nie wydarzyło, więc uderzyłam mocniej. Nadal nic. Naparłam na nie całą siłą, aż pojawiło się malutkie pęknięcie. Stukałam w nie, aż mi się udało. Gdy wyszłam, zobaczyłam, że wokół mnie trwa czarna i nieprzenikniona noc budząca grozę we wszystkim co żywe, oprócz mnie. Od razu polubiłam noc i poczułam, że należy do mnie.
Gdy tylko opuściłam mój malutki dom, który nie należał już do mnie, przywitała mnie cała moja rodzina. Miałam matkę, piękną i wspaniałą smoczycę, która zachwycała swym urokiem. Na imię miała Dayane.
Miałam też siostrę, wodną smoczycę. Dostojna i z gracją, tak jak matka. Nazwano ją Lyra.
Następnego zobaczyłam brata. Wyglądał jak nietoperz. Cichy i szybki, a także nie grzeszył wielkością. Wyglądał jak demon, z którym lepiej nie zadzierać, a imię jego brzmiało Corpe.
Miałam jeszcze siostrę. Była również piękna, ale dzika i szalona. Była prędka jak wiatr i uwielbiała znikać. Przedstawiała żywioł wiatru. Nazywała się Canaya.
Wtedy przyleciał mój ojciec. Był ogromny i budzący postrach we wszystkich. Był dumny i silny, a także rozważny. Zwano go Thorn.
Ja, w przeciwieństwie do mojej rodziny nie byłam piękna ani dostojna. Byłam wręcz słaba.
Następnego dnia, matka zabrała nas do lasu na ziemię. Ojca zazwyczaj nie było. Polował albo podróżował. Nigdy dokładnie się nie dowiedziałam.
Cały dzień ganialiśmy i bawiliśmy się. Ja jednak szybko znudziłam się zabawą i zaczęłam uczyć się polowania. Kiedy mama to zauważyła, schyliła się do mnie i zaczęła dawać mi rady. Szybko jednak się ściemniło, a moją jedyną zdobyczą był żuk.
Moi bracia i siostry szybko dorastali tak samo jak ja.
Lyra zmieniła się nie do poznania.
Corpe stał się jeszcze bardziej przerażający, ale zawsze o nas dbał. Najbardziej opiekuńczy stał się wtedy, gdy ojciec pewnego dnia nie powrócił...
Canaya prawie nic się nie zmieniła. Dalej była tak piękna jak wcześniej.
Od kiedy nauczyłam się latać, wiedziałam, że to mój żywioł. Robiłam manewry i tańce w powietrzu. Czułam, że żyję.
Niedługo później matka powiedziała, że czas, by każdy poszedł we własną stronę. Pożegnała nas słowami "Dorośliście i nie będę się już wami opiekować. Życie pełnią życia i w szczęściu." po czym odleciała. Wiedziałam, że było jej ciężko. Moje rodzeństwo jednak nie pokazywało takich uczuć jak się spodziewałam. Mimo miłości, jaką się darzyliśmy, wszyscy odlecieli bez słowa. Zostałam sama w gnieździe nie wiedząc co zrobić. Postanowiłam polecieć przed siebie próbując od czegoś zacząć.
Po jakimś czasie spotkałam jakiegoś smoka.
Dziwnie się uśmiechał i patrzył równie podejrzanie.
-Witaaaj.-Powiedział z uśmiechem.
-Cz-cześć.-Powiedziałam.-Jestem Tarumi. A pan?
-Och, mów mi po imieniu. Jestem Conety.
-Bardzo mi miło.-Uśmiechnęłam się. Zignorował moją wypowiedź.
-Co cię tu sprowadza, mała?
-N-niedawno opuściłam gniazdo i nie wiem za bardzo co robić...
-Ach...chodź ze mną, może mógłbym ci coś doradzić.-Coraz bardziej mi się to wszystko nie podobało, ale ciekawość była silniejsza. Jednak kiedy poczułam, że jest coś nie tak spróbowałam uciec po cichu, ale on mnie złapał.
-Gdzie się tak śpieszysz? Jeszcze nie doszliśmy.-Uśmiechnął się złowieszczo. Przy blasku księżyca jego pysk wyglądał jeszcze straszniej. Wyrwałam się i wzniosłam się w powietrze. W lataniu nikt nie może mnie pokonać. Wleciałam w wielki kanion. Najniebezpieczniejsze miejsce jakie znałam. Trzeba sporej zwinności i cudu, aby ominąć je przy takiej prędkości, z jaką leciałam. Jednak posiadałam obie te rzeczy. Kiedy byliśmy w środku, uderzyłam ogonem w jedną górę kamieni i wyminęłam ogromną skałę spadającą przez mój manewr. Conteyowi się nie udało. Wyleciałam z kanionu krzycząc:
-Wooooohooooo.-I wylądowałam na górce.
Wiatr delikatnie muskał moje łuski. Dopiero wtedy poczułam, że teraz jestem wolna na prawdę. Nie miałam już domu ani (według smoczej tradycji) rodziny. Mogłam lecieć gdzie chcę, rozmawiać z kim chcę i robić co chcę. Postanowiłam odkrywać krainy, których nie znałam i poznać zwierzęta, rasy, których nie znałam.
Obudziłam się z samego rana. Poranna rosa kapała na moją głowę. Rozejrzałam się wokół. Słońce jeszcze do końca nie wstało. Rozciągnęłam się, rozprostowałam skrzydła i wzbiłam się w powietrze. Kiedy dojrzałam jakiegoś stwora sporych rozmiarów, rzuciłam się na niego, zabiłam i zjadłam. Po posiłku znalazłam poidło i napiłam się porządnie. Zamierzałam lecieć przez ocean, a ocean, z opowieści mamy jest bardzo wielki i leci się przez wiele dni. Przez słoną wodę nie ma co pić, a przez brak lądu, także co jeść. Ale czym jest to dla smoka? Silne, ogromne skrzydła, dwa żołądki-jeden do przechowywania jedzenia, drugi do trawienia nie odłożonego. Tak samo z wodą. Smok jest też strasznie wytrzymały. Ma również ogromne szpony, jeszcze większe zęby, silny ogon i kolce, nie wspominając o łuskach, które są tak twarde, że nie przebije się przez nie nic.
Moje skrzydła łapały powietrze, a oczy wyłapywały różne obrazy. Poczułam w nozdrzach słony zapach. Zniżyłam lekko lot i dotknęłam skrzydłem wody. Zaczęłam muskać co jakiś czas łapą po tafli wody. Było pięknie. Ogon delikatnie stabilizował tor lotu. W uszach brzęczał mi tylko szum fal.
Kiedy nastała noc, zaczął padać deszcz i błyskały pioruny. Rozpętał się potworny sztorm. Kilka razy o mało nie spadłam, aż wzniosłam się tak wysoko, że wpadłam w chmury. Poprzez dużą zawartość wody w chmurach musiałam wznieść się wyżej. Zrobiłam to i nie pożałowałam. Wokół mnie unosiły się zagubione chmurki. Niebo miało kolor pomarańczowo różowy. Tutaj nie było burzy ani sztormu. Zaśmiałam się głośno wzniosłam się o pół metra i schowałam skrzydła spadając jakiś metr, po czym je rozłożyłam z powrotem. Zaśmiałam się głośno. Byłam szczęśliwa. Leciałam tak długi długi czas, aż nastał ranek. Wtedy zleciałam niżej. W tym momencie zobaczyłam coś dziwnego unoszącego się na wodzie. Było trochę większe ode mnie, a w środku biegały jakieś małe, dwunożne postacie. Zobaczyłam jak czymś we mnie mierzą i strzelają wielką siecią. Nie zdążyłam zrobić uniku. Sieć splotła moje skrzydła i runęłam na ziemię. Istoty zaczęły mnie wiązać strasznie mocnym sznurem zrobionym z metalu. Nałożyli mi coś na pysk i łapy. Nie mogłam się ruszać, ani otwierać pyska.
Zawieźli mnie do ciemnej i małej klatki i tam zostawili bez jedzenia i wody.
Jednak nie zamierzałam się poddać. Jestem smokiem. Najpotężniejszym stworzeniem na ziemi, a te małe istoty są niczym w porównaniu z moją siłą. Zaczęłam napierać z całej siły na liny. Szarpałam się na wszystkie strony i próbowałam ziać (przez moją magię) mrokiem. Sznury pękły, a ja mogłam zdjąć kajdany. Zburzyłam mur i wyleciałam. Istoty rzucały we mnie ostrymi patykami i strzelali z metalowych kii. Nie wiedzieli jednak, że moje skrzydła to cień w czystej (o ile tak można je nazwać) postaci i nic nie dały próby zrobienia w nich dziur. Zaśmiałam się i odleciałam. Teraz rozumiem w pełni słowo "wolność". Te kilka dni w kajdanach na prawdę były męczące. Zrobiłam kilka manewrów w powietrzu i poleciałam ile sił w skrzydłach przed siebie. Tak...skrzydła były dla mnie najważniejsze w ciele. Bez nich umarłabym.
Leciałam kilka godzin bez celu niedaleko brzegu. Wtedy zobaczyłam jego. Był piękny niczym wschód słońca, silny i nieposkromiony jak ocean i szybki jak wiatr. Dokładnie tak, jak ja.
Latał w powietrzu, jakby tańczył. Tak, jak ja. Zapragnęłam go poznać. Dogoniłam go najszybciej jak mogłam. Zdziwił się, że zdołałam. Zaczęliśmy rozmawiać. Kiedy się ściemniło, wylądowaliśmy i poszliśmy na skarpę. Tam się położyliśmy i kontynuowaliśmy rozmowę.
Był bardzo miły i od razu mi się spodobał. Niestety późnym wieczorem musieliśmy się rozejść. Sama nie wiem dlaczego wtedy poszliśmy do osobnych jaskiń po dwóch stronach wyspy. Jednak następnego dnia, ku naszemu zdziwieniu znów się spotkaliśmy. Cieszyłam się z tego spotkania. Lubiłam go coraz bardziej z każdą minutą. Po jakimś czasie, zaprosił mnie na skarpę, na której byliśmy w dniu naszego poznania. Tam wyznał mi miłość. Byłam bardzo szczęśliwa. Zamieszkaliśmy w jednej jaskini. Kilka miesięcy później, stworzyliśmy gniazdo, w którym były nasze jaja, które złożyłam.
Pewnej nocy, Cipri (bo tak miał na imię mój ukochany) nie wracał przez długi czas. Nie wiedziałam co robić, bo musiałam pilnować jaj. Szukałam go, jednak musiałam też mieć moją jaskinię na oku. Jednak, wiele nocy później, kiedy spałam do naszej jaskini zakradł się smoczy złodziej. Był on bardzo mały i wyglądał jak jaszczurka.
Był też niestety straszliwie szybki. Nikt nie biega tak szybko jak on. Kiedy się obudziłam, wynosił nasze ostatnie jajo. Zdążyłam je złapać, jednak reszta...przepadła bez śladu. Byłam zrozpaczona. Wzięłam jajo i poleciałam szukać Cipri. To był jedyny plus. Mogłam go szukać. Kiedy go znalazłam, był nieprzytomny. Miał ogromną ranę od walki z innym smokiem i stracił sporo krwi. Pytałam innych zwierząt o pomoc. Powiedziały, że udzielić jej może tylko smoczy szaman, który zwał się Royung. Powiedzieli, że mogę go znaleźć na północ stąd na kamiennym pustkowiu w jaskini. Udałam się więc tam. Ciężko było znaleźć jego jamę, ale okazało się, że gdy jestem zdenerwowana mogę widzieć ostrzej, dokładniej. Czym prędzej minęłam długi korytarz i położyłam Cipri u jego stóp. Błagałam go o pomoc. On powiedział tylko:
-Jeśli ukochanemu pomóc chcesz, grzywę mą czesz. Tam znajdziesz odpowiedź na pytanie cię dręczące, ale nim je zgadniesz, miną miesiące.-Nie bardzo rozumiałam staruszka, ale wzięłam coś podobnego do grzebienia i podeszłam do niego. On tylko się zaśmiał i odsunął.
-Nie o to mi chodziło, to był żart, wiem, nie miło.-Zdenerwowana już powiedziałam:
-Royung błagam, on umiera.-Staruszek spoważniał. Obejrzał dokładnie rany Cipriego, wziął jakąś kulę z malutkim smoczkiem w środku i wywinął językiem jak wąż. Spojrzał na mnie i dał mi kulę.
-Jeśli ocalić ukochanego chcesz, życie temu małemu odbierz.-Powiedział z powagą. Mały smok spojrzał na mnie. Nie wiedziałam co robić.
-Życie za życie, a zegar tyka, szybko, szybko, bo jego dusza zmyka.-Zacisnęłam powieki i rozbiłam szkło. Wzięłam malutkiego i odgryzłam mu głowę tak, by nie umierał w cierpieniu.
-Co teraz?-Zapytałam cicho.
-Krew ich połącz ze sobą, a może on zostanie z tobą.-Wycisnęłam z malucha wszystko co mogłam i wtarłam to dokładnie w rany Cipri. Nic się jednak nie wydarzyło. Zrozpaczona zapytałam:
-C-czemu nic się nie dzieje?-On odpowiedział ze smutkiem na pysku.
-Smok odszedł nim go tu przyniosłaś, jego dusza ukazała się mi kiedy dorosłaś.
-D-dorosłaś?
-Gdy zabiłaś małe smocze dorosłaś, porzuciłaś smoczek. Nie był on żywy, był iluzją, na niby. Udowodniłaś ile dla ciebie wart, dlatego dam ci ten dar.-Cipri zaczął zamieniać się w proch, który wylądował w małej buteleczce na łańcuszku. Staruszek dał mi naszyjnik
i powiedział:
-Od teraz Cipri będzie z tobą i pomoże, gdy poczujesz, że nie jesteś już sobą. Pomoże ci w potrzebie i spotkacie się, gdy wylądujesz już w niebie. Dbaj o wasze dziecię, jesteś dobrą matką, oboje się dowiecie...-Podziękowałam i odleciałam pełna smutku...szukając jaskini...innej niż tej, w której mieszkaliśmy...za dużo było w niej wspomnień...
Niedługo później z jajka zaczął się wykluwać mały smoczek.
A nim się obejrzałam, był już większy.
Był bardzo podobny do ojca. Na jego cześć, nazwałam synka Cipri. Tak jak jego ojciec. Mały był bardzo inteligentny, silny, szybki i dumny, a także waleczny. Codziennie chodziliśmy do lasu. Uczyłam go polować i latać. Kiedy był już starszy, zapytał:
-Mamo...właściwie, to dlaczego nie mam taty ani rodzeństwa? Widziałem gniazda innych smoków. Wszystkie miały więcej młodych...i oboje rodziców.- Usiadłam obok niego i powiedziałam cicho.
-Twój ojciec zmarł walcząc o nas. Zginął jako bohater. Szkoda tylko, że nikt poza nami tego nie wie.-Wierzyłam, że tak było.-Jednak pewien smok, zaatakował mnie w nocy po śmierci ojca i wykradł wszystkie jaja, oprócz jednego, którego obiecałam sobie bronić choćby za cenę własnego życia...i smocze, które się z niego wykluło, nazwałam jego imieniem.
-A więc tata miał na imię Cipri?
-Tak.-Uśmiechnęłam się nieznacznie.
-Jaki był tata?
-Był szybki, zwinny, silny, waleczny i opiekuńczy. Był...był...moim ideałem. A ty...odziedziczyłeś po nim wszystkie te cechy.-Uśmiechnęłam się do niego.
*Kilka lat później*
Leciałam w powietrzu z szybkością wiatru. Robiłam zwroty i przewroty. Byłam niepokonana. Zanurkowałam w chmurach, a kiedy z nich wyleciałam, ich cząsteczki towarzyszyły mi jeszcze przez chwilę. Wtedy pewien smok wleciał na mnie od dołu i popchnął lekko. Uśmiechnęłam się szyderczo i przyśpieszyłam. Przewróciłam się na plecy i dałam się ponieść grawitacji. Kiedy znalazłam się pod chmurami, odwróciłam się znów na normalną pozycję lotu. Po chwili jednak złożyłam skrzydła i przygotowałam się do lądowania. Kiedy moje łapy dotknęły ziemi, poczułam jego obecność. Mruknęłam groźnie i stanęłam w pozycji bojowej. On się uśmiechnął i zrobił to samo.
Uśmiechnęłam się lekceważąco, przewróciłam głową, bym wyglądała jakbym chciała go uwieść i zapytałam z tym uśmieszkiem:-Poddajesz się? Jeszcze masz szansę. Wiesz, że nie masz ze mną szans!
-Chyba żartujesz!-Zaśmiał się szyderczo.
-No to dawaj!-Smok rzucił się na mnie i próbował powalić. Walnęłam go w głowę i machnęłam skrzydłem uderzając go w kark. Kiedy padł, przytrzymałam go i wybuchnęłam śmiechem.
-Widzisz?! Nigdy ze mną nie wygrałeś! Cienias!-Puściłam go i zaczęłam turlać się ze śmiechu. Podeszłam do mojej jaskini znajdującej się obok i dorysowałam kreskę jako kolejny punkt. Cała moja ściana była nimi zamalowana. Cipri uśmiechnął się i mnie przytulił z zaskoczenia.
Pisnęłam i próbowałam się wyrwać, ale on trzymał bardzo mocno. W końcu wywróciliśmy się i zlecieliśmy ze zbocza. Wpadliśmy do wody. Skorzystałam z okazji i uwolniłam się z jego uścisku. Uśmiechnął się, co odwzajemniłam i wylecieliśmy z wodnej toni. Zawirowaliśmy w powietrzu i usiedliśmy na skarpie. Po chwili ciszy zagaiłam:
-Wiesz...kilka ni temu stałeś się dorosły i samowystarczalny. Według tradycji smoków ja...
-Wiem matko...-Uśmiechnął się pocieszająco.-Dam sobie radę...-Przytulił mnie.
-Czy...jeszcze kiedyś się spotkamy?
-Na pewno.-Uśmiechnął się pokazując ząbki i odleciał jakby nigdy nic udając, że wciąż jest wesoły. Ja jednak nie umiałam udawać. Poczułam się tak samo kiedy opuszczałam gniazdo, tylko tysiąc razy gorzej...wtedy...po raz pierwszy poczułam łzę na policzku. Nim się obejrzałam, cała się nimi zalałam. Ukryłam pysk w łapach i pogrążyłam się w rozpaczy. Znów nie wiedziałam co ze sobą zrobić. pomyśleć, że zaledwie kilkadziesiąt lat temu się urodziłam...to było jak kilkadziesiąt minut...smoki...żyją znacznie dłużej. To, jest dopiero początek mojego życia...
Kiedy następnego dnia, łzy zniknęły, znalazłam drugą, podobną buteleczkę do tej, którą dostałam od szamana. Był w niej jakiś płyn...okazało się, że to moje łzy. Dziwne było to, że nie pamiętałam, abym je zbierała...znalazłam też liścik:
"Smocze łzy są potężniejsze od czegokolwiek. Smoki nie umieją płakać od tak..."
Nie miałam pojęcia o co chodzi...od czego potężniejsze? Jako lek? Broń? Magia? Westchnęłam i zawiesiłam go obok buteleczki z prochami Cipriego. Spojrzałam na moją jaskinię i z obojętnością na pysku odleciałam...
Po jakimś czasie lotu, poczułam nagłą potrzebę wylądowania. Pokierowałam się nią i wylądowałam w jakimś lesie. Szłam przez jakiś czas, aż zobaczyłam coś niezwykłego.
-Myślałam, że one wyginęły...-Szepnęłam. Wtedy on się zatrzymał i spojrzał w moją stronę. Patrzył tak chwilę i mruknął machając głową, żeby za mną poszedł. Ruszyłam więc. Zaprowadził mnie do pewnego źródła. Zajrzałam do niego. Poczułam ruch moich łusek i zmianę w wyglądzie. Przejrzałam się znowu. Wyglądałam...inaczej...a-ale dlaczego on mnie tu zaprowadził? Dlaczego zmienił wygląd? Już miałam go o to spytać, kiedy zobaczyłam jak lecąca strzała trafia go w serce. Rozejrzałam się. Zobaczyłam dwunożnych. Wściekła ruszyłam w ich stronę.
Pogrążyłam ich w ciemności. Byli otumanieni, ale zaczęli uciekać. Wzięłam jelenia w łapy. Nie wiedziałam co robić. Strzała przebiła jego serce. Rośliny zaczęły go pochłaniać. Oderwałam je od niego i chwyciłam buteleczkę z moimi łzami. Spuściłam jedną kroplę na jego ranę zaraz po wyjęciu strzały. Zobaczyłam jak wszystko się leczy. Poczułam jak przybieram swoją postać. Jeleń wstał, otrząsnął się i spojrzał na mnie. Stał chwilę w zadumie i ukłonił się. Zrobiłam to samo. Dotknął mojego czoła. Poczułam jak rozpala całe moje ciało. W tym momencie otrzymałam dar od płonącego jelenia. Jest to bardzo rzadki dar, tak samo jak smocze łzy. Podziękowałam mu. Nie zdążyłam zapytać dlaczego akurat mnie zaprowadził do magicznego źródła i o co chodziło z tą przemianą ale on ukłonił się i uciekł. Pozostało mi tylko lecieć dalej. Kiedy przyszła noc, wylądowałam na skarpie.Usiadłam trochę dalej i zaczęłam wpatrywać się w gwiazdy. W pewnym momencie powstało marzenie. Chciałam dotknąć gwiazd, stać się jedną z nich i świecić...świecić zawsze, co noc. Być blisko księżyca, pogrążona w ciemności, którą tak bardzo kochałam. Gwiazdy, nigdy nie przestaną świecić...kiedyś...po śmierci, zostanę gwiazdą...ale teraz...tak bardzo chcę ich dotknąć, dotknąć księżyca...wyskoczyłam jak najwyżej i zamachałam skrzydłami. Jak torpeda ruszyłam w górę, aż skały na których siedziałam runęły tonąc we wzburzonym morzu. Ale to mnie nie obchodziło. Ważne teraz było niebo. Leciałam cały czas, jak najwyżej z łapą wyciągniętą przed siebie. Poczułam chłód. Powietrze było coraz rzadsze. Z mojego pyska wylatywała para...jestem...tak...blisko...moje skrzydła zaczęły zamarzać. Coraz ciężej było nimi machać...moja łapa...już tak blisko...zaraz ich dosięgnę...obraz się zamazywał, a ja w końcu stanęłam. Próbowałam machać, ale lód oplatał całe moje ciało...zaczęłam spadać...obraz całkowicie pociemniał...przez przymknięte oczy widziałam jak księżyc i gwiazdy oddalają się z ogromną prędkością...o-odlatują? Nie...ja s-spadam...wtedy nastała ciemność...obudził mnie potworny ból, głośny trzask i pisk w uszach. Nie mogłam złapać oddechu, a moje plecy bolały jak nigdy dotąd...ja...spadłam? Błądziłam wzrokiem z półprzymkniętych powiek. To chyba był...las...kilka drzew leżało połamanych, a moje skrzydła...były ponabijane na gałęzie. Na całe szczęście buteleczki były całe. Spróbowałam wstać, jednak bez skutku. Kości były zmielone na proch...
Obudziłam się nad ranem...nie byłam pewna który to ranek od kiedy straciłam świadomość. Mruknęłam cicho...nie...dość...jestem smokiem...najsilniejszym stworzeniem na ziemi i nie powstrzyma mnie byle upadek...mimo bólu, wstałam. Wyjęłam gałęzie ze skrzydeł...okazało się, że nie są poważnie uszkodzone. Kości wciąż bolały. Każdy ruch. Łzy! Wzięłam jedną kroplę i połknęłam ją. Kości powoli się zrastały. Jednak nie zadziałałoby nawet to, gdybym nie była smokiem...wstałam, otrząsnęłam się i poszłam coś upolować. Kiedy zjadłam, z westchnieniem spojrzałam w niebo i ruszyłam przed siebie. Po jakimś czasie dotarłam do mglistego lasu...
Kiedy wylądowałam, usłyszałam szelest liści. Spojrzałam w górę i zobaczyłam leśnego smoka.
Obserwowałam go chwilę i zobaczyłam jak ląduje i podchodzi do innego smoka tej samej rasy.
Jest tu pełno tego typu smoków. Poszłam się przywitać. Bardzo miło mi się z nimi rozmawiało, aż zaczęli uciekać. Nie wiedziałam dlaczego, do momentu, aż zobaczyłam smoczycę dnia i nocy.
Smok podszedł do mnie i zapytał:
-Nie boisz się mnie?
-Dlaczego?
-Cytuję "Jej serce i pióra są ciemne jak noc, a mózg już dawno stał się mroczny. Jej oczy są jak gwiazdy, które dostrzegą wszystko, a łapy jak księżyc, co zsyła kary."... .
-Hmmmm....więc o mnie też powinni coś takiego ułożyć.-Uśmiechnęłam się.-Jestem bardziej przerażająca niż ty!
-Tu nie chodzi o wygląd!
-A o co?
-O czyny...
-Zabiłaś kogoś?
-Nie...po prostu jestem odludkiem...a plotki robią swoje.
-Ja tam nie wierzę w plotki.-Mruknęłam i odleciałam. Kiedy szłam dalej po lesie, zobaczyłam dziwnego smoka.
Wyglądał, jakby go pochłaniały ruchome piaski. Temu wszystkiemu przyglądał się inny smok, którego dojrzałam dopiero chwilę później.
Widząc, że nie zamierza mu pomóc, sama podleciałam do niego i chwyciłam go za łapy. Po wielu staraniach wyciągnęłam go. Kiedy mi się to udało, poczułam uderzenie w głowę i ciemność...
Kiedy się obudziłam, nikogo nie było. Poszłam na brzeg. Właśnie przylatywał przepiękny smok...
Kiedy jednak do mnie podleciał, zmienił postać...
Cofnęłam się o krok. Poczułam jak moje łuski zmieniają kolor. Znów zmieniłam ciało...smok rzucił się na mnie. Szamotaliśmy się jakiś czas, aż go powaliłam i pozbawiłam przytomności. Kiedy mi się to udało, poleciałam. W pewnym momencie poczułam przymus wylądowania. Posłuchałam go i znalazłam się na ziemi. Było tam stado smoków...
Postanowiłam się czym prędzej wycofać, ale biały smok mnie zauważył. Podszedł do mnie i powiedział:
-Musisz lecieć do wróżkowego lasu...-Szepnęła i poleciała. Zdziwiło mnie to, ale chciałam to sprawdzić...
Szukałam tego lasu przez tysiące lat, aż dotarłam...Kiedy byłam na miejscu, zobaczyłam smoka...bardzo dziwnego smoka...
-Od dziś drogi inne życia znajdziesz, jestem ciekaw jak daleko zajdziesz...-Kiedy to powiedział oślepił mnie blask i zemdlałam...
Kiedy się obudziłam, czułam się jakoś inaczej. Wszystko wokół mnie wydawało się większe...spojrzałam w lustro jeziora i nie uwierzyłam własnym oczom...byłam...dwunożnym...
Było mi zimno...nie wierzyłam w to, co się stało...dlaczego? Co złego zrobiłam? Żyłam przecież dobrze...nie zrobiłam nic złego...więc dlaczego? Błądziłam przez bardzo długi czas, aż zobaczyłam jakiś dom...byłam głodna i zmęczona. Ścisnęłam obie buteleczki wiszące na mojej szyi, zapukałam i upadłam...kiedy się obudziłam, chciałam wyjść, nie wiem po co tam pukałam...zobaczyłam, że mam ciemniejsze włosy. Nie prawie białe, ale niebieskie. Mężczyzna zdziwił się temu. Mówił, że żaden człowiek nie ma naturalnie niebieskich włosów...Później zdradził mi swoje imię...nazywał się Grey.











































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz